Witaj na Forum Węgierskim!

Forum Węgierskie to miejsce spotkań i wymiany poglądów osób zainteresowanych wszystkim, co węgierskie. Na forum znajdziesz przydatne informacje dotyczące poruszania się po

Budapeszcie

, noclegów w okolicy

Balatonu

, a także najlepszych

węgierskich kąpielisk termalnych

.

Serdecznie zapraszamy do udziału w dyskusji i życzymy miłego pobytu na forum!

usmiech

Zaloguj się, aby uzyskać
pełny dostęp do forum i ukryć ten komunikat!

A jak ja uczylem sie Wegier....
easymaks Offline
Użytkownik
Liczba postów:22
Dołączył:19.06.2012
Płeć:Mężczyzna
Skąd:Wagrowiec-Edynburg
Węgierski:
Post: #1
A jak ja uczylem sie Wegier....
http://czarne.com.pl/?a=380

Polecam te ksiazke. Moje zwiedzanie Budapesztu zaczalem wlasnie od tej lektury...a potem probowalem odwiedzic te wszystkie miejsca wraz z autorem. I teraz juz wiem gdzie mozna zjesc najlepsza hurke w Peszcie ale tego nie zdradze jesli chcecie wiedziec przeczytajcie!!! A ponizej fragment ksiazki, czytajcie i smakujcie Wegry!


Krzysztof Varga

Fragment książki "Gulasz z Turula"

W 1941 roku faszystowskie Węgry, będące w sojuszu z Hitlerem, wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym. W gabinecie prezydenta Roosevelta miał się odbyć taki oto dialog:

Ambasador Węgier: Szanowny panie prezydencie, z największą przykrością muszę pana poinformować, że z dniem dzisiejszym Węgry wypowiadają wojnę Stanom Zjednoczonym.

Roosevelt: Węgry? Co to za kraj?


Ambasador: To jest królestwo, panie prezydencie.


Roosevelt: Królestwo? A kto jest tam królem?


Ambasador: Nie mamy króla, panie prezydencie.


Roosevelt: To kto tam rządzi?


Ambasador: Admirał Miklós Horthy.


Roosevelt: Admirał? Ach, więc będziemy mieli przeciwko sobie kolejną flotę!


Ambasador: Niestety, panie prezydencie, Węgry nie mają dostępu do morza i w związku z tym nie mają floty.


Roosevelt: O co więc wam chodzi? Macie z nami jakiś konflikt terytorialny?


Ambasador: Nie, panie prezydencie, Węgry nie mają roszczeń terytorialnych wobec USA. Mamy konflikt terytorialny z Rumunią.


Roosevelt: A więc prowadzicie także wojnę z Rumunią?


Ambasador: Nie, panie prezydencie, Rumunia jest naszym sojusznikiem...

1. Paprykarz z Kádára


W dzieciństwie na Węgrzech najbardziej lubiłem zapach rozchodzący się z mieszkań koło godziny trzynastej, kiedy nakrywano do stołu. Słodka woń duszonych na smalcu warzyw, leczo, faszerowanej papryki, zapiekanki kartoflanej. Tanich, sycących, jednodaniowych posiłków, po których można już było nie jeść do końca dnia. Podawanych ze świeżym, białym chlebem, miękko moszczącym żołądek. Pamiętam na proustowski sposób te zapachy z ulic XIV dzielnicy, gdzie mieszkały zaprzyjaźnione z moim ojcem rodziny. Szczególnie dobrze pamiętam obiady u państwa Répów, mieszkających przy Újvidék tér. Za każdym razem żona pana Répy szykowała na nasze przyjście gigantyczny gar z jedzeniem. Na stole pachniał już świeży chleb i syczała woda sodowa w syfonie, pan domu ubrany w odświętny dres i kapcie odbezpieczał ochoczo niedrogie wino, z kuchni dochodziło bulgotanie, postękiwanie gospodyni i już po chwili wszyscy jedliśmy. Oprócz monstrualnej żony pana Répy, która zawsze się zarzekała, że nie jest głodna, więc tylko popatrzy, jak jemy (co na początku skłaniało mnie do podejrzeń, iż jedzenie jest zatrute i z pozoru poczciwa kobieta chce za jednym zamachem pozbyć się męża, dzieci i dwóch gości z zagranicy). Po jakimś czasie jednak zrozumiałem, że nie ma się czego obawiać, jedzenie na pewno nie jest zbyt zdrowe i dietetyczne, ale za to pyszne i błogostanogenne. A żona pana Répy i tak zjadała swoje, tyle że w kuchennym zaciszu, kiedy nikt jej nie widział.


Wiele lat później, po śmierci mojego ojca, pojechałem do XIV dzielnicy, do Zugló, żeby obejść znane sprzed lat rodziny i przekazać im tę wiadomość. Chodziłem po Újvidék tér, Gyertyán utca i Tallér utca i przypominałem sobie dawne odwiedziny u przyjaciół i rodziny mojego ojca, tamte tłuste obiady, wodę sodową i świeży chleb, rozmowy składające się z narzekania na podwyżki cen, tamten czas mijający bez skutku i przyczyny, trwałość niedzielnych obrzędów, niezmienność zuglańskiego krajobrazu: przez te lata nic się tam nie zmieniło, jedynie wartburgi i trabanty z lat osiemdziesiątych zostały zastąpione nowymi oplami i suzuki. Odwiedziłem wtedy państwa Répów. Przypomnieli mnie sobie szybko, choć zmieniłem się przez te ponad dwadzieścia lat. Pan Répa uściskał mnie i chętnie wyciągnął niedrogie wino. Żona pana Répy właśnie szykowała ciasto na galuszki. Wymówiłem się jednak. Obiecałem, że kiedyś zadzwonię i umówię się na obiad. Nie zadzwoniłem.


Wszystkie te rodziny wyglądały podobnie: mąż był chudy i żylasty, choć z wyraźnym brzuchem napinającym odświętny dres, żona wielgaśna, grubaśna i nieruchawa, pokonująca z demonstracyjnym wysiłkiem drogę z kuchni do salonu, by wszyscy widzieli jej nadludzki wysiłek, albo szorująca podłogę, zawsze usłużna i zapracowana, donosząca kawy i pálinki. Do tego dzieci, zazwyczaj piękne, czarnowłose córki o uzdolnieniach sportowych bądź muzycznych, które potem chyba hurtowo marnowały swoje talenty i wychodziły beznadziejnie za mąż, zasilając węgierską armię zrozpaczonych, pogrążonych w smutku i depresji kobiet. Miały na imię Zsuzsi albo Ági, ćwiczyły grę na skrzypcach, gimnastykę artystyczną, ale dziś pewnie ich szczupłość odeszła w niepamięć, ich subtelność zrogowaciała, ich czas mija bez żadnej nadziei.


Musiało upłynąć trochę czasu, żebym wypuszczony ze świata obowiązkowych weekendowych wizyt u znajomych ojca pojął wreszcie, że ten świat to nie tylko leczo, faszerowana papryka i zapiekanka kartoflana, ale także frustracja, kompleksy, nieuleczalna, bolesna, pokręcona pamięć. Że to także nostalgia za czasami regenta Miklósa Horthyego i towarzysza Jánosa Kádára; grunt, żeby była jakaś nostalgia, bo to ona konstytuuje węgierskie życie. Pamiętam, że nazwisko towarzysza Kádára często pojawiało się w tamtych rozmowach, pewnie na niego narzekano, a dziś pewnie narzeka się na jego brak. Czasy kádárowskie są takie nostalgiogenne, bo były w Europie Wschodniej najlepsze, choć najgorsze zarazem, bo to czasy złamanego kręgosłupa i mentalnych kajdanów.


W Budapeszcie co trzecia herbaciarnia nazywa się „Nostalgia", dostępne są nostalgia-cukierki, nostalgia pokrywa liszajem ściany domów i bruk ulic. To tęskne wzdychanie do dawnej wielkości, choć najbliższa prawdziwa wielkość miała miejsce ponad pięćset lat temu, za króla Macieja Korwina, jeśli nie liczyć wielkości węgierskiej piłki nożnej w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych oraz międzynarodowych sukcesów zespołów Omega i Lokomotiv GT w latach siedemdziesiątych.


Nostalgiczna jest nawet prognoza pogody w telewizji Duna, podawana dla tak zwanego Basenu Karpackiego, który jest eufemistyczną nazwą całego obszaru zamieszkanego przez mniejszość węgierską, ze szczególnym naciskiem na Siedmiogród.


W sklepie ze starociami „Nostalgia" na Klauzál utca, pośród dziesiątek starych młynków do pieprzu, w natłoku lamp, butelek i naklejek z oranżad stoi zdyscyplinowany rząd popiersi Lenina. Nad wnętrzem sklepu góruje jego wielki portret, a na wystawie zmieścił się jeszcze jeden Stalin. W głębi sklepu, obok wieszaka z sowieckimi czapkami wojskowymi o rondach wielkości pizzy, stoją kolejne popiersia, chyba wykonane już współcześnie; ich taśmowość jest podejrzana. Dominują głowy Lenina, parę Stalinów i jest nawet jeden Adolf Hitler za siedem tysięcy osiemset forintów.


W bufecie „Nostalgia" na parterze hali targowej przy placu Lehela nostalgicznie kiwają się nad szklankami okoliczni alkoholicy. Piwo kosztuje tu dwieście forintów - dwa razy mniej niż w śródmiejskich piwiarniach; to cena przywołująca stare, dobre czasy. Nie ma bowiem innych czasów niż dawne, które były lepsze, choć nikt nie potrafi powiedzieć sensownie, czym się ta lepszość objawiała. Z pobliskiego dworca Nyugati odjeżdżają „nostalgiczne pociągi" do Esztergomu i w Zakole Dunaju; można jechać ciuchcią siedemdziesiąt kilometrów w jedną stronę, wzdychając nad dawną świetnością.


Najbardziej nostalgiczne są jednak turule, mityczne węgierskie ptaki, które gdy się rozejrzeć, można znaleźć wszędzie. Na pomnikach, kamienicach, tablicach, emblematach wojskowych, plecakach nacjonalistycznie zorientowanej młodzieży i na płaskich piersiach dziewczyny sprzedającej kanapki i robiącej kawę w piekarni „Brunch" na Retek utca przy placu Moskwy. Turul, dziwne skrzyżowanie orła z gęsią, jest połączoną personifikacją węgierskich marzeń i kompleksów.


W całym Budapeszcie ma tylko jedną ulicę i jeden zaułek. I ulica, i zaułek znajdują się na krańcach II dzielnicy, tuż przy granicy miasta, z dala od centrum. Dzielnica IIA, w której znajduje się Turul utca, to właściwie małe miasteczko, do którego dociera co prawda stołeczna komunikacja, ale ulice i domy przypominają rozrośniętą wieś z pretensjami. Siedząc w ogrodzie gospody „Náncsi néni" przy Ördögárok utca, można poczuć się jak na dawno minionych wakacjach, gdzieś daleko od Budapesztu, na pewno w lepszej przeszłości, może przedwojennej, i jedząc gęsie udo, popaść w obowiązkową nostalgię.


O ile jednak do „Cioci Náncsi" budapeszteńczycy i obcokrajowcy przyjeżdżają na świetne, i owszem, całkiem drogie, jedzenie, to kto pojedzie oglądać pobliską ulicę Turula, na której jest tylko przystanek autobusowy i parę domów?


W Budapeszcie, podzielonym na dwadzieścia trzy jednostki administracyjne, każda nazwa ulicy może występować w każdej dzielnicy. Teoretycznie więc mogłyby być dwadzieścia trzy ulice turula, tak jak mnóstwo jest ulic i placów Jánosa Aranya, Atilli, Batthyányego, Bema, Kossutha, Petőfiego, Rákócziego, czy Vörösmartyego. Tymczasem ulica Turula jest tylko jedna. A mimo to na każdym węgierskim kroku natykam się na ślady tego ptaka.


Turulem zainteresowałem się dopiero wtedy, gdy w górniczym mieście Tatabánya, jakieś sześćdziesiąt kilometrów na zachód od Budapesztu, zobaczyłem na wzgórzu dumną replikę ptaka stojącego na Zamku w Budzie. Ptak z zamkowych murów znany jest wszystkim, którzy do węgierskiej stolicy przyjechali turystycznie, i wszystkim mieszkańcom, bo rozpościera swoje wielkie skrzydła w najbardziej obleganym przez turystystów miejscu. Pamiętam go od zawsze i nigdy nie wzbudzał we mnie żadnych emocji, wszak orły masowo wzbijają się w powietrze na pomnikach, zamkach i grobach całej Europy, wznoszą też dumnie dzioby i ostrzą pazury w Ameryce Południowej i Afryce. Jaka to sensacja z powodu jednego więcej?


Ano taka, że turul nie jest zwykłym orłem, tylko orłem wymyślonym. To nie rzeczywiste zwierzę żyjące w przyrodzie, o jakim można zrobić film dokumentalny dla kanału Animal Planet, w którym to filmie turul pikowałby nad pusztą i polował na myszy. To zupełnie osobna węgierska wersja drapieżnego ptaka, niby podobna do orła, ale jakoś nie do końca.


W Tatabánya na tamtejszym wzgórzu w 1907 roku postawiono świetnie widoczną z dołu, zarówno z autostrady prowadzącej do stolicy, jak i trasy kolejowej, doskonałą replikę budzieńskiego ptaka. Ptak spogląda groźnie na kopalniano-fabryczne miasto i zapewne spogląda z obrzydzeniem, bo to brzydki widok. Na sąsiednim wzgórzu samotnie wbija się w niebo górniczy szyb: dwa dumne symbole miasta, na które nikt nie zwraca uwagi.


To, że będę musiał zapolować na turula, uświadomiłem sobie oglądając ulotkę zabraną z piwiarni „Lánchíd" na Fő utca, tuż obok tunelu pod górą zamkową, na której indyczy się najsłynniejszy turul. Takie kartki leżą w większości knajpek, świetnie nadają się na zakładki do książek. Można je brać hurtowo, są nośnikiem reklam, jeśli więc ktoś nie jest ich kolekcjonerem ani antropologiem, nie warto zawracać sobie nimi głowy. Ta jednak mnie zaintrygowała, bo prezentowała reklamę nieistniejącego produktu - „Turul-Coli". Na trawie, w pozycji znanej z impresjonistycznych obrazów, siedzi grupka ludzi, którzy raczą się „Turul-Colą" z butelek przypominających te od polskich jaboli. Pomysł „Turul-Coli" jest wybitnym połączeniem węgierskiej tradycji (turul) z kosmopolityczną nowoczesnością (Coca-Cola). Tworząc „Turul-Colę", „kreatywni" z jakiejś agencji reklamowej genialnie połączyli to co lokalne, z tym co uniwersalne. W jednym prostym grepsie pokazali dwie pary kajdan pętających współczesne społeczeństwa pokomunistyczne: globalistyczny kapitalizm eliminujący wszystko co oryginalne i konsekwentnie dążący do unifikacji oraz narodową tradycję, z której kraje tej części Europy nie potrafią się uwolnić. Ciężar tradycji ma równoważyć monstrualny ciężar walącej nam się na głowę kultury masowej. Tymczasem oba ciągną nas w dół.

Piwiarnia „Lánchíd" to jedna z moich ulubionych, bo jest poza turulem i poza Coca-Colą. To lokalna knajpka umajona starymi zdjęciami, plakatami z przedwojennych węgierskich filmów oraz fotkami klasyków bluesa, bo gruby właściciel Robi czuje silną słabość do tej muzyki, co daje się również dość dobrze i głośno słyszeć. Poza tym, nim zdążę złożyć zamówienie, Robi pyta po polsku „Piwko?" i zanim odpowiem, stawia przede mną szklankę drehera.


„Lánchíd" nie jest ani dla trendy klubbersów, układających sobie życie według zapowiedzi z darmowych pisemek „Pesti Est" i „Exit", ani dla miłośników paprykowanej słoniny, ani też dla turystów szukających z przewodnikami w ręku najdroższej ungarische gulasch suppe. Nie ma tu zupy gulaszowej ani paprykarzy, jest za to wino, piwo i pálnika. Zawsze, gdy wypiję tam za dużo piwa, otrzeźwia mnie niezmienny cytrynowy odświeżacz w toalecie. Idę zmulony do łazienki, staję, lekko się chwiejąc, nad muszlą i nagle czuję prawdziwe katharsis. Syntetyczna cytryna wwierca mi się w nozdrza i mój umysł znów staje się jasny i analityczny.


Knajpka Robiego, ze swoimi stołami przykrytymi obrusem w czerwoną kratkę, udaje trochę kisvendéglő. Takie obrusy są charakterystyczne dla małych, tanich jadalni z prostą, szybką i sycącą kuchnią. Takich jak „Kádár" na Klauzál tér; jadalni czynnej tylko od wpół do dwunastej do współ do czwartej, bo jej jedynym przeznaczeniem jest szybko i nieźle nakarmić. W „Kádár", która nie ma nic wspólnego z Jánosem Kádárem, jadłospis stanowi kartka papieru leżąca na stole, a dania podaje kelnerka w klasycznych sznurowanych butach bez pięty i czuba, jakie nosiły kiedyś sprzedawczynie we wszystkich spółdzielczych sklepach i stołówkach bloku wschodniego. Płaci się jednak przy wyjściu, u wykrochmalonego kelnera, któremu należy się szczerze wyspowiadać z tego, co się zjadło, a on na malutkiej kasie wybija kwotę, rozliczając nas z zup, drugich dań, kromek chleba i szklanek wody sodowej. Czasami w kolejce do kelnera tłoczy się młodzieżowa wycieczka anglojęzyczna, widocznie jadłodajnia „Kádár" dochrapała się akapitu w jakimś przewodniku Pascala albo Lonely Planet.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22-06-2012 13:04 przez easymaks.)
22-06-2012 12:56
easymaks Offline
Użytkownik
Liczba postów:22
Dołączył:19.06.2012
Płeć:Mężczyzna
Skąd:Wagrowiec-Edynburg
Węgierski:
Post: #2
RE: A jak ja uczylem sie Wegier....
W sumie powinienem to umieścić w dziale kultura? Zostawiam to pod osąd wam i adminowi może to przenieść jakoś? Uśmiech
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22-06-2012 14:17 przez easymaks.)
22-06-2012 13:06
fvg Offline
Administrator
Liczba postów:2,270
Dołączył:28.01.2012
Płeć:Mężczyzna
Skąd:Lengyelország
Węgierski:Tak
Post: #3
RE: A jak ja uczylem sie Wegier....
Ok, przerzuciłem do Kultury. Książka dobrze znana użytkownikom forum, wielu już wspominało o niej. Ja czytałem już po tym, jak przemieszkałem swoje w Budapeszcie, ale też natrafiłem na rzeczy, o istnieniu których nie miałem pojęcia. Choć nie wszędzie udało mi się jeszcze dotrzeć. Najbardziej kusi chyba opisany bar na Kelenföldzie, jeśli dobrze pamiętam Oczko

Masz własną stronę internetową? Pomóż promować Forum Węgierskie!
22-06-2012 17:15
easymaks Offline
Użytkownik
Liczba postów:22
Dołączył:19.06.2012
Płeć:Mężczyzna
Skąd:Wagrowiec-Edynburg
Węgierski:
Post: #4
RE: A jak ja uczylem sie Wegier....
Heh mnie najbardziej zaciekawilo jak smakuje świeża hurka w sklepie mięsnym tak na stojąco z musztardą, ogorkiem , papryką nadziewaną i chlebem.....była świetna!
25-07-2012 11:30
Lukas Offline
Użytkownik
Liczba postów:20
Dołączył:08.06.2012
Płeć:Mężczyzna
Skąd:
Węgierski:Tak
Post: #5
RE: A jak ja uczylem sie Wegier....
Zachęcony zachwytami nad książką Vargi na forum postanowiłem ją przeczytać, co też dziś uczyniłem. Ciężko mi podzielić te uwielbienie niemalże. Jak dla mnie obraz Węgier w niej zawarty jest przygnębiający, ponury- niczym opis domu starców, w którym naród oczekuje na wymarcie zabijając czas jedzeniem i wspomnieniami. Mamy wolność słowa i autor nie ma obowiązku wpadać nad wszystkim co zobaczy w zachwyt, ale mam wrażenie, że jego zdaniem jedynymi godnymi uwagi rzeczami są właśnie posiłki i cmentarze.

Nie piszę tego, żeby wyżalić się nad książką, która mi się nie podobała. Przeciętny Polak chcący dowiedzieć się czegoś o Węgrzech sięgnie po przewodnik (których z zasady nie znoszę, ale to już inna kwestia Język) lub właśnie książkę Vargi- jako jedyną, która opisuje ten kraj, wyszła w miarę niedawno i mimo wszystko zdobyła niejaką popularność. A ta moim zdaniem wręcz ODSTRASZA ludzi od Węgier (no, może poza turpistami). A później słychać biadolenie- że Polacy się Węgrami nie interesują i traktują tylko jako synonim wakacji nad wodą, że nie kultywuje się tradycji polsko-węgierskiej. Jeżeli to jest NAJLEPSZA polska książka na ten temat w ostatnich latach (czy nawet według niektórych w ogóle)- wcale się nie dziwię.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-09-2012 21:19 przez Lukas.)
12-09-2012 21:19
moziba Offline
Moderator
Liczba postów:472
Dołączył:31.01.2012
Płeć:Mężczyzna
Skąd:Koszalin
Węgierski:Egy kicsit ;)
Post: #6
RE: A jak ja uczylem sie Wegier....
Jeśli wolno. Gulasz nie traktuje o Węgrzech, jest to według mnie książka o Węgrach. To prawda, że wymowa tej książki jest ciężka, szara i ponura. Po jej przeczytaniu również zastanawiałem się dlaczego tyle we mnie sympatii dla tego kraju, dla tych ludzi, skoro tyle w nich melancholii, tyle zapiekłych zaszłości, nacjonalizmu. O ile kraj poznać mogę i w zasadzie poznaję, o tyle trudno jest poznać ludzi na odległość. Zbyt rzadko i krótko tam przebywam, by poznać Węgrów, by stwierdzić czy naprawdę najważniejsze dla nich są potrianońskie tęsknoty, wsparte sympatią do Magyar Gárda.

Gulasz odbrązowił mój wizerunek Węgrów, rzucił trochę światła na nich i dał impuls do tego, by kiedyś poznać kogoś więcej niż recepcjonistkę w hotelu czy sprzedawczynię śliwek w warzywniaku. Uświadomił mi, że to tacy sami popaprani ludzie jak my, Polacy, tylko przyczyn tego popaprania mają być może więcej, a na pewno są one inne.

To jest książka ważna. Krzysztof Varga po jej promocji w swej węgierskiej ojczyźnie doczekał się więcej razów niż pochwał. Jestem ciekaw co napisałby w książce Kotlet z bielika, jakimi byśmy się w niej odnaleźli.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-09-2012 22:59 przez moziba.)
12-09-2012 22:58
arany fiú Offline
Użytkownik
Liczba postów:41
Dołączył:08.08.2012
Płeć:
Skąd:
Węgierski:
Post: #7
RE: A jak ja uczylem sie Wegier....
Jak się zna twórczośc K. Vargi ,to od razy rzuca się w oczy duży ładunek ironii we wszystkich jego książkach i nie należy traktowac jego "Gulaszu.." jak reportażu Kapuścińskiego.Co do "Kotletu z bielika"(nb. gratuluję tytułu) to właściwie on się pisze w cotygodniowych felietonach w Dużym Formacie w "GW".A parę dni temu wydano "Polska Mistrzem Polski" - właśnie zbiór felietonów. Na pewno warto po nie sięgnąc
13-09-2012 7:40
andrasz Offline
Użytkownik
Liczba postów:479
Dołączył:21.04.2012
Płeć:Mężczyzna
Skąd:
Węgierski:Egy kicsit ;)
Post: #8
RE: A jak ja uczylem sie Wegier....
(12-09-2012 21:19)Lukas napisał(a):  Zachęcony zachwytami nad książką Vargi na forum postanowiłem ją przeczytać, co też dziś uczyniłem. Ciężko mi podzielić te uwielbienie niemalże. (...)

Zarówno moziba jak i arany fiu już wskazali już to co ja także chciałem napisać, jednak dodam swoje "trzy grosze".

Ma rację moziba, ta książka jest bardziej o samych Węgrach, niż o Węgrzech. Varga pisze subiektywnie, tak jak sam to czuje i nie można tej książki traktować jako uniwersalnego przewodnika dla początkujących. Przewodnika, który zazwyczaj jest tak obiektywny i bezpłciowy, że aż nudny.

Tu mała dygresja w kontekście frazy "dla początkujących". Powtórzę za moziba "zbyt rzadko i krótko tam przebywam, by poznać Węgrów" i dodaj jeszcze, że moje częste pobyty były zbyt dawno, a teraz ograniczają się tylko do wakacji. Jednak emocjonalna więź z Węgrami (rozumianymi jako kraj i jako ludzie) sprawia, że pozwalam sobie na traktowanie siebie jako już trochę hungarofila Uśmiech

Wracając do głównej myśli. Książka Vargi nie jest obiektywna, to jest próba swego rodzaju rozliczenia się także z własnymi (pamiętajmy, że Autor ma także węgierskie korzenie) wspomnieniami, kompleksami, itd.
Dlatego, moim zdaniem, nie należy "Gulaszu..." traktować jako ksiązki, która "odstrasza ludzi od Węgier" (jak pisze Lukas), to tak jakby dyskutować, czy książki dotyczące jakiegoś trudnego wycinka naszej historii są "antypolskie". Czy książka Vargi jest tylko dla turpistów? Na podobnej zasadzie można zapytać - jak można miło wspominać dzieciństwo w PRL-u?

Co oczywiście wszystko to nie znaczy, że książka Vargi musi się podobać każdemu. Moja żona też powiedziała, że jest nudna Oczko
14-09-2012 22:54
Orvos Offline
Użytkownik
Liczba postów:184
Dołączył:08.08.2012
Płeć:Mężczyzna
Skąd:Ełk
Węgierski:Uczę się
Post: #9
RE: A jak ja uczylem sie Wegier....
(12-09-2012 22:58)moziba napisał(a):  To jest książka ważna. Krzysztof Varga po jej promocji w swej węgierskiej ojczyźnie doczekał się więcej razów niż pochwał. Jestem ciekaw co napisałby w książce Kotlet z bielika, jakimi byśmy się w niej odnaleźli.

Krzysztof Varga wydał właśnie swoją powieść Trociny, w której poddaje palącej krytyce polską z kolei część swojej osobowości. Książka i sam pisarz zyskali już przychylne recenzje. Varga będzie ją promował w przyszłym miesiącu na Targach Książki w Krakowie, dokąd i ja się wybieram, może więc uda mi się zdobyć autograf mistrza, o ile się dopcham. Jeśli zdołam, przekażę ukłony i pozdrowienia od forumowiczów - myślę, że każdy chętnie się dołączy, bo książka cieszy się w naszym gronie niesłabnącym zainteresowaniem.
30-09-2012 18:28
Ribizli Niedostępny
Użytkownik
Życzliwy użytkownik. Od 100 punktów reputacji.
Liczba postów:1,159
Dołączył:02.09.2012
Płeć:Kobieta
Skąd:Warszawa
Węgierski:Tak
Post: #10
RE: A jak ja uczylem sie Wegier....
Wlasnie wyszla ksiazka K.Vargi "Polska mistrzem Polski" : jest to zbior felietonow. Nie wiem czy sa to felietony, ktore sie juz ukazaly w "Gazecie Wyborczej" czy tez nowe....
30-09-2012 18:48


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
Legenda o córce Morskiego z księciem Węgier? Gosc 2 788 13-10-2016 17:15
Ostatni post: Gosc
Magyazyn - czasopismo miłośników Węgier Tudós 1 944 20-07-2016 23:07
Ostatni post: Tudós
Hymn Węgier Kamjon 12 5,568 02-02-2014 9:11
Ostatni post: moziba
Konkurs: Ugina się, ale nie łamie fvg 0 890 20-11-2012 18:48
Ostatni post: fvg



A jak ja uczylem sie Wegier....
Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości