Odcinek ósmy: z Kiszyniowa do Siedmiogrodu.
Wyjazd z Kiszyniowa nastąpił w ponownej formie co wjazd - to znaczy na czuja. Co prawda przy bulwarze Stefana Wielkiego była tabliczka kierująca do miejscowości przy granicy z Rumunią, ale potem byłem zdany już tylko na intuicję oraz szczęście. Kiedy jednak znalazłem się na drodze prowadzącej do lotniska i bez żadnych oznaczeń... postanowiłem się zatrzymać, by w akcie desperacji wyciągnąć pożyczonego od rodziców GPS-a. Było to jedno drugie i ostatnie użycie podczas tego wyjazdu.
Okazało się, iż mój czuj działał dobrze - na najbliższym skrzyżowaniu było odbicie w interesującym nas kierunku. Potem poszło już jak z płatka, gdyż droga M1 jest bardzo dobrej jakości.
Okolice stolicy są, podobnie jak większość kraju, bardzo pofałdowane. Do tego fotogeniczne z racji grupy jezior o nazwie Dănceni.
Wśród zabudowy wyróżnia się samotna wieża. Miał to być główny budynek administracyjny miejscowego przemysłu winiarskiego - jego budowę rozpoczęto w 1977 roku, ale już trzy lata później wstrzymano z powodu braku funduszy. Dzisiaj to ruina.
![[Obrazek: DSC_8571%2B%25E2%2580%2594%2Bkopia.jpg]](https://4.bp.blogspot.com/-4caD9Q3Du8o/V9k3Y6o3YzI/AAAAAAAAC4w/PjDlDO3Ff3Ewe1VpEdocxx67hs8spbx7ACEw/s800/DSC_8571%2B%25E2%2580%2594%2Bkopia.jpg)
Na horyzoncie widać też blokowiska Kiszyniowa.
A bliżej niewielkie wioski o wdzięcznych nazwach: Nimoreni, Suruceni, Sociteni...
Na tankszteli zalewam bak do pełna - jak już pisałem benzyna kosztuje tu około 3 złotych i jest dobrej jakości.
Przez to wszystko zostaje nam dość sporo lejów - więcej niż planowaliśmy. Gdzie to wydać? Może jakieś pamiątki po drodze? Z tym jest problem, gdyż w Mołdawii przemysł pamiątkowy prawie nie istnieje. Nie widzieliśmy NIGDZIE pocztówek, kalendarzy i tym podobnych gadżetów. Jedynie magnesy na lodówki - te są oferowane masowo, zupełnie jakby każdy miał sobie obkleić całą kuchnię.
Dzisiejszy dzień - sobota - to przede wszystkim siedzenie za kółkiem: chcemy dotrzeć aż do Siedmiogrodu, a to ponad 450 kilometrów. Nie rezygnujemy jednak całkowicie ze zwiedzania: niedaleko Kiszyniowa znajduje się monastyr Condriţa obok wioski o tej samej nazwie.
Klasztor powstał w 1783 roku z inicjatywy pobliskiego (i chyba najbardziej znanego w Republice Mołdawii) monastyru Căpriana. Niestety po okresie komunistycznym, kiedy to urządzono w nim obóz dla pionierów, jest trochę podupadły. Główna cerkiew została połowicznie (dosłownie) odmalowana, w środku zaś zachowało się niewiele z pierwotnego wystroju - ikonostas stoi nowy, a freski niemal całe zniszczono.
![[Obrazek: DSC_8590.JPG]](https://4.bp.blogspot.com/-h2vkdiLnLOo/V9k3c2O2gtI/AAAAAAAAC5A/weI6KT4RoyUySH0UBRPN4L9jrlCTlPO9wCEw/s800/DSC_8590.JPG)
Gdy robię zdjęcia do Teresy przyczepia się jakiś facet z pretensjami o brak zakrytej głowy. Ona tłumaczy, że założyła chustę na odkryte ramiona, ale gość sugeruje, że zakryta głowa jest ważniejsza niż zakryte ramiona... To była pierwsza i ostatnia taka sytuacja w świątyniach na tym wyjeździe - należy tu zaznaczyć, że również nie wszystkie miejscowe kobiety były prawidłowo poubierane. No i oczywiście to zawsze mężczyzna wie lepiej jak mają się nosić i co robić panie i to zawsze faceci są najbardziej oburzeni strojami płci przeciwnej... Zastanawiam się też, czy Bóg jest taki wrażliwy, iż mógłby dostać jakiegoś wstrząsu na widok kobiecych włosów?
A tak z innej beczki - w prawosławnych kościołach nie można oprzeć się wrażeniu, że wyznawcy tego odłamu chrześcijaństwa znacznie bardziej przeżywają wizyty niż np. katolicy. Wielokrotne żegnanie się, całowanie ikon, klękanie, nawet leżenie na podłodze - coś takiego widziałem w Europie jedynie w znanych miejscach pielgrzymkowych, a tu są normą nawet w najzwyklejszej cerkwi.
Dla wygody pielgrzymów (albo raczej mnichów) do monastyru ułożono asfalt. Do samej wsi pospólstwo może już jeździć po szutrze
.
Kilkadziesiąt kilometrów dalej zjeżdżamy do drugiego monastyru: klasztor Hâncu założono w 1678 roku. Na jego terenie znajduje się starsza cerkiew z XIX wieku oraz nowy sobór, chyba jeszcze nie wykończony.
Monastyr przypomina bardziej sanatorium niż miejsce zamieszkania mniszek. Żółte fasady, mnóstwo kwiatów, jakieś kiczowate elementy urozmaicenia krajobrazu. W sumie za dużo się nie pomyliłem, gdyż od 1956 do 1990 rzeczywiście funkcjonowało tu sanatorium.
Wyjazd z Kiszyniowa nastąpił w ponownej formie co wjazd - to znaczy na czuja. Co prawda przy bulwarze Stefana Wielkiego była tabliczka kierująca do miejscowości przy granicy z Rumunią, ale potem byłem zdany już tylko na intuicję oraz szczęście. Kiedy jednak znalazłem się na drodze prowadzącej do lotniska i bez żadnych oznaczeń... postanowiłem się zatrzymać, by w akcie desperacji wyciągnąć pożyczonego od rodziców GPS-a. Było to jedno drugie i ostatnie użycie podczas tego wyjazdu.
Okazało się, iż mój czuj działał dobrze - na najbliższym skrzyżowaniu było odbicie w interesującym nas kierunku. Potem poszło już jak z płatka, gdyż droga M1 jest bardzo dobrej jakości.
Okolice stolicy są, podobnie jak większość kraju, bardzo pofałdowane. Do tego fotogeniczne z racji grupy jezior o nazwie Dănceni.
![[Obrazek: DSC_8563%2B%25E2%2580%2594%2Bkopia.jpg]](https://3.bp.blogspot.com/-_ZSstVhXfqA/V9k3WV4qQ7I/AAAAAAAAC4k/lGsiO52shv4cHJH7iBFVcLRhjDZuQ8xIgCLcB/s800/DSC_8563%2B%25E2%2580%2594%2Bkopia.jpg)
Wśród zabudowy wyróżnia się samotna wieża. Miał to być główny budynek administracyjny miejscowego przemysłu winiarskiego - jego budowę rozpoczęto w 1977 roku, ale już trzy lata później wstrzymano z powodu braku funduszy. Dzisiaj to ruina.
![[Obrazek: DSC_8571%2B%25E2%2580%2594%2Bkopia.jpg]](https://4.bp.blogspot.com/-4caD9Q3Du8o/V9k3Y6o3YzI/AAAAAAAAC4w/PjDlDO3Ff3Ewe1VpEdocxx67hs8spbx7ACEw/s800/DSC_8571%2B%25E2%2580%2594%2Bkopia.jpg)
Na horyzoncie widać też blokowiska Kiszyniowa.
A bliżej niewielkie wioski o wdzięcznych nazwach: Nimoreni, Suruceni, Sociteni...
![[Obrazek: DSC_8564%2B%25E2%2580%2594%2Bkopia.jpg]](https://1.bp.blogspot.com/-pMh_Vxu8o-M/V9k3Wr117BI/AAAAAAAAC4o/uJLqJa3vlo0mwJXFUTrVBJtTMFciK8kWACEw/s800/DSC_8564%2B%25E2%2580%2594%2Bkopia.jpg)
Na tankszteli zalewam bak do pełna - jak już pisałem benzyna kosztuje tu około 3 złotych i jest dobrej jakości.
Przez to wszystko zostaje nam dość sporo lejów - więcej niż planowaliśmy. Gdzie to wydać? Może jakieś pamiątki po drodze? Z tym jest problem, gdyż w Mołdawii przemysł pamiątkowy prawie nie istnieje. Nie widzieliśmy NIGDZIE pocztówek, kalendarzy i tym podobnych gadżetów. Jedynie magnesy na lodówki - te są oferowane masowo, zupełnie jakby każdy miał sobie obkleić całą kuchnię.
Dzisiejszy dzień - sobota - to przede wszystkim siedzenie za kółkiem: chcemy dotrzeć aż do Siedmiogrodu, a to ponad 450 kilometrów. Nie rezygnujemy jednak całkowicie ze zwiedzania: niedaleko Kiszyniowa znajduje się monastyr Condriţa obok wioski o tej samej nazwie.
Klasztor powstał w 1783 roku z inicjatywy pobliskiego (i chyba najbardziej znanego w Republice Mołdawii) monastyru Căpriana. Niestety po okresie komunistycznym, kiedy to urządzono w nim obóz dla pionierów, jest trochę podupadły. Główna cerkiew została połowicznie (dosłownie) odmalowana, w środku zaś zachowało się niewiele z pierwotnego wystroju - ikonostas stoi nowy, a freski niemal całe zniszczono.
![[Obrazek: DSC_8596%2B%25E2%2580%2594%2Bkopia.jpg]](https://2.bp.blogspot.com/-uZYffZLwnWo/V9k3eHooZUI/AAAAAAAAC5E/f4NWorYN3z4iC74_titoVXlfI5JytPhCwCEw/s800/DSC_8596%2B%25E2%2580%2594%2Bkopia.jpg)
Gdy robię zdjęcia do Teresy przyczepia się jakiś facet z pretensjami o brak zakrytej głowy. Ona tłumaczy, że założyła chustę na odkryte ramiona, ale gość sugeruje, że zakryta głowa jest ważniejsza niż zakryte ramiona... To była pierwsza i ostatnia taka sytuacja w świątyniach na tym wyjeździe - należy tu zaznaczyć, że również nie wszystkie miejscowe kobiety były prawidłowo poubierane. No i oczywiście to zawsze mężczyzna wie lepiej jak mają się nosić i co robić panie i to zawsze faceci są najbardziej oburzeni strojami płci przeciwnej... Zastanawiam się też, czy Bóg jest taki wrażliwy, iż mógłby dostać jakiegoś wstrząsu na widok kobiecych włosów?
A tak z innej beczki - w prawosławnych kościołach nie można oprzeć się wrażeniu, że wyznawcy tego odłamu chrześcijaństwa znacznie bardziej przeżywają wizyty niż np. katolicy. Wielokrotne żegnanie się, całowanie ikon, klękanie, nawet leżenie na podłodze - coś takiego widziałem w Europie jedynie w znanych miejscach pielgrzymkowych, a tu są normą nawet w najzwyklejszej cerkwi.
Dla wygody pielgrzymów (albo raczej mnichów) do monastyru ułożono asfalt. Do samej wsi pospólstwo może już jeździć po szutrze

Kilkadziesiąt kilometrów dalej zjeżdżamy do drugiego monastyru: klasztor Hâncu założono w 1678 roku. Na jego terenie znajduje się starsza cerkiew z XIX wieku oraz nowy sobór, chyba jeszcze nie wykończony.
Monastyr przypomina bardziej sanatorium niż miejsce zamieszkania mniszek. Żółte fasady, mnóstwo kwiatów, jakieś kiczowate elementy urozmaicenia krajobrazu. W sumie za dużo się nie pomyliłem, gdyż od 1956 do 1990 rzeczywiście funkcjonowało tu sanatorium.