Nyirbator - dłuugi weekend 14-17.08.
#1
Wyjeżdżamy z domu po nocnej ulewie 14 sierpnia o 4:00, by przybyć na miejsce o 10:30. Wolnych domków oczywiście brak, ale mamy namiot. Na polu namiotowym jest jeszcze wiele miejsca. Większość rejestracji jest rumuńskich, nie przesadzając około 90%. Jest paru Węgrów z Węgier, Polacy z Krosna (chyba 3 samochody), z Bochni i z Zakopanego (sądząc po tablicach), jakaś szkolna grupa z Łodzi, jeden Słowak i my. Oglądamy teren - rzuca się w oczy brak palmy pod kopułą. Została tylko doniczka.

[Obrazek: 400f33652894183b.jpg]

Na dachu kąpieliska wyrosła za to instalacja solarna - ciekawe, czy to fotowoltaika, czy muszą dogrzewać wodę termalną?

[Obrazek: 450d8afd6db773cc.jpg]

Kuchnia kempingu jest nieczynna, jak się dowiedziałem - jest tu dużo sztućców i talerzy, i dużo ludzi, którzy ich potrzebują... i w domyśle, że tych sztućców i talerzy jest z tego powodu jednak coraz mniej. Cały hangar jadalny jest także niedostępny z powodu rezerwacji dla jakiejś grupy. Mamy kuchenkę na gaz. Kąpiemy się do wieczora.

[Obrazek: 6d701ac17dce2f92.jpg]

Basen zewnętrzny z mętną wodą, ten w głębi w cieniu drzew, jest pusty, reszta działa jak należy (następnego dnia także ten basen już funkcjonował).

[Obrazek: 6a350465cc42e369.jpg]

Wieczorem robi się wichura, a gdy odprowadzam samochód na otwarte miejsce zaczyna padać deszcz. Kładziemy się spać przykrywając wywietrznik kawałkiem folii, ale to nie zdało się na wiele. W nocy spada 20mm deszczu i rano wszystko, co mamy na sobie, jest mokre, a na podłodze namiotu zebrała się woda. Nie mam dużego doświadczenia w biwakowaniu i nie wiedziałem, że namiot może aż tak przeciekać! W dodatku z niedokręconego korka w materacu powoli uciekało powietrze. Rano za pomocą lutownicy (z którą się nie rozstaję, miałem ją i na kempingu w walizce narzędziowej) zgrzewam 7 kawałków bardzo mocnej folii z worków, które też zawsze wożę "na wszelki wypadek". Mac Gyver mógłby się przy mnie poduczyć. Dzięki tej folii druga noc (10mm opadu) przebiegła zupełnie spokojnie, pojawiły się zaledwie dwie plamki wilgoci w nie zabezpieczonych rogach namiotu.

[Obrazek: da1f94c157e15960.jpg]

Piętnastego jest święto, ale nie na Węgrzech - odwiedzamy kościół, który jest nieczynny. Objeżdżamy Mateszalkę, potem robimy zakupy w Sparze, Penny Markecie i Tesco. Oczywiście kąpiemy się prawie cały dzień, jemy jedzenie biwakowe oraz kilka langoszy na kąpielisku. Najmłodszy syn, zblazowany jak angielski lord, zapomniał się i powiedział "Fajnie było, jak nurkowałem...", ale złapany za słowo zaraz się poprawił, że było głupio, a tylko trochę fajnie. Wieczory i noce są raczej ciepłe, nie trzeba się specjalnie ubierać. Nie ma much (oprócz octówek żerujących na resztkach arbuza), odganiam dwa komary, trzeci nie przetrwał konwersji 3D->2D (spłaszczył się). W niedzielę znów odwiedzamy kościół, gdzie doskonalę znajomość węgierskiego zgadując treść czytań. O 16:00 schodzimy z basenu, a o 16:30 zdajemy zegarki i żegnamy obsługę kempingu. Po drodze w Nyiregyhazie wyciągam węgierskie pieniądze ze ściany - już na kolejny wyjazd.

[Obrazek: 2d291517a28b8e4e.jpg]

O 18:00 w Sarospataku patrzymy, jak po weekendzie opada kurz nad kempingiem Vegardo.

[Obrazek: c5e25b9ff613cbf6.jpg]

Wracamy do domu o 23-ciej.
Odpowiedz
#2
Bardzo się dziwię że wybraliście Nyirbator ,majac 30 km dalej najpiekniejszy na wegrzech kompleks basenów w Sosto Furdo.Jezdzę tam od 18 lat,byłem również w kilkunastu innych kompleksach,ostatnio w Tisaujvaros ,nic nie dorówna Sosto.Mnóstwo cudownych basenów i do tego w razie deszczu aqa park. Polecam na przyszłość.
Pozdrawiam Leszek Grądalski
Odpowiedz
#3
Dziękuję za poradę. Do Sostofurdo mam jakieś 60km bliżej, byłem tam co najmniej 3 razy, także już za czasów Aquariusa, ale przed połączeniem w jedną całość. Też było fajnie. Każdy wybiera to, co lubi. Oczko
Odpowiedz
#4
A ja się nie dziwię bo... mam podobne podejscie do kąpielisk.
W Sosto byłem raz ( podobnie jak nad naszym morzem) zobaczyłem, nawet pochwaliłem i... jeżdżę na inne baseny. Uśmiech
Odpowiedz
#5
wszystko pięknie, ale godzina wake up mnie przeraża Smutek

MacGyver byłby z Ciebie dumny Oczko
Odpowiedz
#6
Nie wiem dla czego, ale jeszcze nie odwiedziłem Aquariusa pomimo, że w Allatpark Sosto byłem dwa razy. Do Hajduszoboszlo nigdy się nie wybierałem i chyba się nie wybiorę. To jest mój wybór, ale forum utwierdza mnie w tym przekonaniu. Tak to jest,że "każdy wybiera to, co lubi". Forum, na szczęście, pozwala ocenić to czego nie jesteśmy w stanie obecnie sprawdzić.
Dlatego każda opinia o jakimś miejscu jest na swój sposób cenna. Ważne jest to , aby była jakoś umotywowana.
Pozdrawiam wszystkich, którzy przekazali swoje doświadczenia z wyjazdów na Węgry.
Trochę nie trzyma się tematu postu, ale ciśnie się na "usta" w tej sytuacji.
Odpowiedz
#7
Ja mam podobnie. Jeżeli przeczytam informację o tym, że jakieś miejsce jest największe, najpiękniejsze, najtłumniejsze Uśmiech, to go nie odwiedzę. I do Hajduszoboszlo też się nie wybiorę.
Odpowiedz
#8
W tym roku ponownie na święto sierpniowe wybraliśmy się do NB. Wyjechałem wraz z żoną we czwartek, 15.08. parę minut po czwartej, parę przed ósmą zatrzymaliśmy się w Sarospataku, aby powiesić wiązankę z Biedronki pod tablicą wdzięczności. Mur od miesiąca był ogołocony ze wszelkiej zieleni. Myślałem, że te porządki to przygotowania do jakiejś większej uroczystości, która najwyraźniej jednak nie doszła do skutku.

[Obrazek: ac94669fce8a32b0.jpg]

Na kemping Smoka zajechaliśmy o 9:40. Na polu namiotowym jest dość ludno, Rumuni są w znacznej przewadze, jest trochę Polaków i Węgrów. Młodsza część naszej grupy miała dołączyć następnego dnia, a ponieważ najmłodsza uczestniczka niedawno skończyła trzy miesiące - miałem się postarać o dach nad głową dla zespołu 2+2. Na Smoku oczywiście wszystkie domki zajęte, podjechałem zapytać do Termal Apartman. Byłoby miejsce na jedną noc - piątek/sobota, potem brak wolnych pokoi. Dobre i to, może coś się załatwi później. Gdy wspominam o dwójce dzieci, pada cena z rubryki za dwójkę z dostawką (niemowlę za darmo). Jedna z pań proponuje wpłacenie kaucji za zaklepany nocleg, ale zaraz wycofuje się z tego warunku z uwagi na moją poczciwą słowiańską gębę, a może dlatego, że mam kartę stałego bywalca Baszty (to drugi pensjonat tego samego właściciela). Poleca jeszcze zostawić "pełny numer telefonu". Idziemy się kąpać. Pogoda sprzyja. Wszystkie baseny są czynne, ale temperatura wody to, jak zwykle, loteria. Całoroczny zewnętrzny przy budynku jest gorący, ale zielonkawy pod topolami - zimny. Zimna woda jest też w zewnętrznym jacuzzi. O wahaniach temperatury i niewygodnej kładce i drabince przy tym jacuzzi pisałem na stronce kąpieliska jakiś czas temu i dostałem odpowiedź, że bardzo przejęli się moimi uwagami.

[Obrazek: 9ca8c0b7a16779a7.jpg]

Trochę pływam, trochę czytam, a dopiero wychodząc z szatni zauważam nieodebrane połączenie z węgierskiego numeru. Dzwonię i pani recepcjonistka po polsku mówi: Pięć minut, kolega english. Ja odpowiadam po węgiersku: Pięć minut przyjechać auto. Angielskojęzyczny kolega jest już na miejscu. Możemy dostać ten pokój również na drugą noc. Potwierdzam rezerwację i dziękuję pani za pomoc. Młodzi nie muszą pakować namiotu. Na kempingu jemy kolację i układamy się do spania. Komarów jak na lekarstwo.

[Obrazek: ab843de9f5c406aa.jpg]

Skarżyłem się kiedyś na kosiarki spalinowe, ale kemping wpisuje się w modę eko: teraz ogrodnik ma kosę akumulatorową. Zmieniła się też taktyka: kosiarz skrada się, rozlega się ciche "wiuuuu..." i zielony intruz zostaje zmieniony w latające wiechcie. Operator uważa przy tym, aby nie przestraszyć dziecka czy zamyślonego turysty. Nawet dmuchawy do przeganiania liści, które w wersji spalinowej są wynalazkiem diabła, zasilane prądem nie są już tak uciążliwe.
Piątek okazuje się dniem prezentów. Około dziesiątej pomagam młodszym przybyszom zameldować się w Termal Apartmanie. Pokazuję kartę zniżkową Baszty, ale zniżek nie ma, bo wiadomo: szczyt sezonu, to inny hotel, a poza tym karta jest na mnie. Na biurku leżą trzy dowody osobiste, dwa razy mówimy we wszelkich znanych językach "pięć lat" i jeszcze pokazujemy na palcach, ale tym razem pani recepcjonistka nalicza normalną cenę apartamentu dwuosobowego, bez dodatkowego łóżka. To pierwszy prezent. Do pokoju będzie można wejść po południu ze względu na grupę Roman Travel, która chwilowo okupuje pensjonat. Bierzemy więc dwie karty darmowego wstępu na Smoka - za pięciolatkę trzeba będzie zapłacić, mniejsze dziecko wejdzie oczywiście za darmo. W kasie wymieniamy karty na dwa zegarki, ale gdy pokazujemy, że dziecko ma pięć lat - pani wzrusza ramionami i każe przejść przez bramkę. Mamy więc drugi bonusik. Pięciolatka dobrze wykorzystuje swoją wejściówkę - cały dzień pluska się w odnowionym chłodnym basenie dziecinnym, który specjalnie się od zeszłego roku nie zmienił. Pojawiły się kolorowe żagielki zacieniające brodzik - świetna rzecz na upały. Dziewczynka nawiązuje nowe znajomości i odświeża stare - jest tu kilka rodzin, które znamy z Sarospataku.

[Obrazek: a6f9ceb8d6a7a1b4.jpg]

Wieczorem idziemy do restauracji, tym razem celem jest nie Hardi, lecz Kakukk. Wybieramy zupę rybaka z Cisy i talerz dla dwóch osób, a dla dziecka - frytki i Colę. Zupa rybaka, czyli chłopska, ostro przyprawiona. Ma jednolitą konsystencję jakby przecieru i pomarańczową barwę, bez żadnych klusek czy warzyw. Są tylko kawałki rybiego mięsa, bez ości na szczęście. I czuć ją rybą. Drugie danie dzielimy między cztery osoby i wspólnie zjadamy wszystko.

[Obrazek: 36075e49a64cbff5.jpg]

Płacę kartą, a gdy dodaję banknot za obsługę, pani kelnerka jest zaskoczona, jakby nigdy wcześniej nie dostała napiwku. Wyglądało to bardzo sympatycznie, a po wyjściu przeglądając paragon, zauważyłem, że nie policzono tej małej porcji frytek - to już ostatni prezent tego dnia, bo za drobne zakupy w Tesco musimy zapłacić co do dwóch forintów. Dzieci po powrocie do Apartmanu:

[Obrazek: 18ba21165332d76d.jpg]

Następnego ranka oglądamy i fotografujemy zagrodę, w której są trzy kucyki i kilka owiec, dwa barany mają groźnie wyglądające rogi. Karmimy zwierzęta przecenioną kukurydzą z marketu. Są też kaczki i kogut. Ostatnia atrakcja to klatka z papugami.

[Obrazek: 387294082fd0214e.jpg]

[Obrazek: 7e78a32cf784cb64.jpg]

Przy wejściu na kąpielisko mieszkańcom Termala kazano zapłacić ulgowe bilety, gdyż nie wzięli nowych kwitków w swojej recepcji, a zamiast nich pokazali paski dnia ostatniego. Zapłaconego paragonu podobno cofnąć się nie da, ale ochroniarz doradza, żeby wrócić po darmowe bilety i wykorzystać je następnego dnia (nie są one oznaczone datą). To było dobre rozwiązanie.
Przez resztę dnia się kąpiemy, wieczorem odwiedzamy księdza w kościele minorytów. Wszak to szabat. Potem wszyscy razem wchodzimy na kemping i robimy małego grilla, głównym daniem jest kiełbasa z Biedronki. Ochroniarz przy bramie zwrócił uwagę na postronne osoby, ale wystarczyło potwierdzić, że przybysze opuszczą kemping przed dziesiątą. Tak też się stało.
W niedzielę rano trzeba się wymeldować. W rewanżu za pomoc zostawiamy pani z Termala dwie czekolady  - wprawdzie z Penny Marketu, ale "lengyel termek", Wawel. Na kąpielisku tym razem żona i ja wchodzimy za 50%, dorośli goście Termala wykorzystują darmowe wejściówki z poprzedniego dnia, a pięciolatka musi mieć normalny bilet. Na Smoku dzień jak co dzień, temperatura wody jak w kalejdoskopie: zielony pod topolami z ciepłego w ciągu dnia zmienia się w gorący, jacuzzi zewnętrzne jest lekko ciepłe, brodzik dziecięcy - przyjemnie ciepły, ale choć dorosłych z niego nie wyganiają, to pływać tam nie wypada. Zmęczony krążeniem między wodą zimną a gorącą ostatnie godziny spędzam w zamkniętej części, gdzie temperatura wody jest bardziej przyjazna. Umawiamy się na wyjście o czwartej, jedziemy wyboistą drogą (w dwóch miejscach jest remont nawierzchni) do Sarospataku na kolację. Dwa kociołki gulaszu, dwie porcje naleśników, schabowy i lody. Nowy kelner, młodzieniec, albo jest zmęczony, albo zakręcony, albo sobie z nas kpi - dopiero trzeci raz przechodząc koło naszego stolika zauważył, że wprawdzie przyniósł zamówione dania, ale zapomniał o sztućcach. My czekaliśmy cierpliwie, napiwki i tak są na kasie dobijane do rachunku, więc nie mieliśmy okazji wyrazić naszej opinii o obsłudze.

[Obrazek: db82d510601b5ccf.jpg]

Wpadamy jeszcze do granicznego Tesco i o 23:30 jesteśmy w domu. Bez kontroli, mandatów i spotkań z dzikim zwierzem.
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości